au texas

← the texts · the dossier

Kalikst Wolski — Do Ameryki i w Ameryce (Lwów, 1876)

Część II — rozdziały XXIII–XXVI: Réunion

Clean Polish transcription of the Réunion chapters of Wolski's travel memoir — his eyewitness account of the La Reunion colony. Source: the Google/Archive scan ../doamerykiiwamer00wolsgoog.pdf (PDF pp. 281–311 = book pp. 276–306).

Method: Tesseract pol OCR of the page scans, cleaned and verified against the images. Period orthography preserved (pochylone é: -ém, -éj; original spellings: Considerant'a, Fourier'a, Cantagrel, Jhonson, texański, Brukselli, Olendorfa, warranty). Uncertain readings marked [?]. Printed book-page numbers given inline as ⟨277⟩.

The English translation is in english_clean.md. Coleman's earlier partial English of these chapters is ../new_light.pdf.

Status: XXI, XXIII–XXVI complete. XXII (a self-contained frontier tragedy, unrelated to the colony) intentionally skipped.


XXI. PRZEZ STEPY I LASY TEXAŃSKIE

[Rozdział otwiera obszerny cytat z Chateaubrianda o amerykańskich „lasach dziewiczych”; strony te w skanie są wyblakłe — transkrypcja z obrazów stron.]

⟨248⟩ Pochylone nad potokiem cicho szemrzących strumyków, zgrupowane w misterne kląby na skałach i pagórkach, rozpierzchnięte po dolinach, drzewa rozmaitego kształtu, różnorodnego gatunku, wielokrotnéj barwy i odmiennéj woni, pomięszane między sobą, wznoszą swe wierzchołki do niesłychanéj wysokości... gdyby niebotyczne góry... Dzikie winnice, krzewiny polne w rodzaju bluszczu i tém podobne nieznane z nazwisk zioła, przeplatając się nawzajem u olbrzymich stóp kilkusetletnich dębów, bujnie wyrastają i, okrążając rozłożyste gałęzie, przechodzą aż po za ich krańce, a połączywszy ⟨249⟩ klony z cedrami, cedry z tulipanami, tworzą jakby sztuczne altany, pod których cieniem wygodna ochrona przed skwarnemi promieniami zwrotnikowego słońca... Często podobne latorośle, błąkające się od jednego do drugiego drzewa, sięgają aż po za szerokie odnogi rzeki, i wiążąc się z krzewami rosnącemi na tamtym brzegu, stanowią niejako wiszące nad wodą artystyczne mosty... Z rzadka zaś różnobarwnych [?] kląbów wspaniała Magnolja wznosi swój ostrokrąg nieruchomy, ozdobiony szerokiemi właściwemi jéj kwiatami, podobnemi białéj róży... i jakby z dumą poglądą na otaczające a niższe od niéj krzewy. Jeden tylko rywal, drzewo palmowe, z lekko powiewającemi zielonemi liśćmi w kształcie wachlarzy rozpiętemi, śmie jéj stawiać dumniejsze jeszcze swe czoło...

Niesłychane mnóstwo żyjących istot, umieszczonych tam przez najwyższą wolę Stwórcy, orzeźwia i nadaje ruch tym pustyniom odludnym... Tu, na końcu długiéj alei, spostrzegać się daje niedźwiedź, który objadłszy się dzikiemi winogronami chwiejącą ma postać, jakby pijaństwem odurzony... niedaleko jakieś stado wodnych ptaków pływa po jeziorze, rozkoszując się w dobroczynnéj kąpieli... tam znowu czarne jak kruki wiewiórki igrają po rozłożystych gałęziach i, przeskakując z jednéj na drugą, oddają się z całą swobodą swym naturalnym gimnastycznym poruszeniom... na prawo niespokojne gołębice, gruchając, spacerują po trawie ubarwionéj poziomkami... na lewo przecudownéj piękności papugi zielone z głowami żółtemi, i inne ptaszyny całe karmazynowe krążą i zgrabniutko wywijają się między liśćmi na wierzchołkach cyprysów...

⟨250⟩ Jeżeli wszystko jest w uśpieniu tam, gdzieś daleko po za lasami, na niezmierzonych okiem stepach... tu przeciwnie, za każdym krokiem ruch i szmer objawiają życie... odgłos dziobków ptasich uderzających o pniaki ze starości powalonych dębów... poruszanie gęstwiny przemykaniem się zwierząt które w swym pochodzie uszczkną czasami trawy, a napotkawszy jaki frukt, próbują jego pestkę zgruchotać zębami... szum kaskad... ryczenie bawołów... słodkie gruchanie gołąbków... napełniają tę pustynię jakąś dziko czułą harmoniją... A gdy dobroczynnie chłodny wietrzyk zaczyna poruszać gałęzie i liście... gdy wszystkie te białe, niebieskie, różowe, zielone i żółte przedmioty zmięszają się między sobą, gdy nareszcie rozmaite a niezliczone echa połączone są w jeden dziwnie harmonijny dźwięk... Tak to silnie uderza imaginacyę i oczy patrzącego, iż trudno próbowałbym dać wyobrażenie tym którzy nie byli nigdy świadkami tajemniczych obrazów pierwotnego stworzenia.

W takie słowa Chateaubriand opiewa poetycznie czarujące przyrody natury Nowego Świata, gdzie przepędził niektóre chwile swego młodzianego wieku; a opisując malowniczo te, tak powszechnie nazywane, dziewicze lasy amerykańskie, po których błąkał się i dumał jak się marzy w 21. roku życia, daje chęć czytającym to opowiadanie, w wytwornym stylu skreślone, przyjrzenia się z blizka i zwiedzenia cudownych okolic tak uroczo odcieniowanych przez gienialnego autora.

Lecz gdy Europejczykowi, przywykłemu żyć w zwyciężonéj przez swych poprzedników naturze, a któremu minęły już lata marzeń, przyjdzie walczyć z dziką i co krok stawiającą opory tą naturą, ⟨251⟩ gdy, jak to mówią, ząb za ząb musi iść z nią w zapasy... nieraz, zapominając celu w jakim przybył staczać owe codzienne i trudzące walki, żałuje szczerze mniéj pięknych lecz rodzinnych sadów, i lotem ptaka chciałby wrócić w porzucone przez siebie strony, mało zwracając uwagę na cudowne krajobrazy południowéj Ameryki.

Konwój, złożony z 37 ludzi — to jest: z nas 33 (bo trzech zostało w Houston) i czterech wagonierów — z 20 par wołów ciągnących cztery wozy, i z trzech koników meksykańskich, postępował zwolna, takim jak woły krokiem. Na czele téj małéj armii, idącéj wypowiadać wojnę nieuprawnéj ziemi i gadom, niesiono bussolę; obok szło kilku cieśli i rolników z siekierami za pasem, dla torowania drogi przez zarośla i parowy. Każdy z czterech wagonierów wiódł 5 par wołów zaprzężonych do każdego wozu i ciągle prawił kazanie, zachęcając ich do postępowania za nim. Cousin i ja wyjechaliśmy pierwszego dnia na konikach, lecz po największéj części, przez całą drogę, woleliśmy iść piechotą.

Ostrzeżono nas abyśmy zawsze mieli z sobą na wozach przynajmniéj parę beczek wody napełnionych, tak dla zaspokojenia pragnienia jako téż do gotowania potraw, bo nieraz mógł wypaść nocleg w miejscach gdzie ani źródła, ani rzeki, ani nawet żadnéj kałuży z wodą nie będzie. Woły i konie texańskie, pasąc się na trawie zawsze choć troszkę rosą zwilżonéj, mogą się obyć dwa i trzy dni bez napoju, lecz my, nie mając ani w czém ⟨252⟩ ugotować ani się napić, dużobyśmy ucierpieli z podobnego niedostatku.

Na każdym zatém wozie była umocowaną beczka z wkręconym w dno kurkiem wychodzącym na zewnątrz. We dwóch beczkach mieściła się wiskey, a we dwóch woda, którąśmy odmieniali wszędzie gdzieśmy napotkali świeżą i smaczną. Wiskey była tak nieodzownie potrzebną jak i woda, bo nieżyczono nam pić téj ostatniéj saméj gdy będziemy zmęczeni, lecz zawsze z dolaniem małéj części jakiegokolwiek bądź spirytusu.

Pierwszego dnia uszliśmy tylko nie wiele więcéj jak cztery kilometry, i niedaleko jakiejś odosobnionéj kolonii przy czystym strumyku stanęliśmy na nocleg. Wagoniery, świadomi zwyczajów, poradzili nam naprzód zapalić wielki ogień, potém naokoło niego namioty poustawiać, każdy namiot rowkiem dosyć szerokim i głębokim okopać. Są to ostrożności koniecznie tam potrzebne przeciwko wężom, które od ognia uciekają, a napotkawszy taki rowek nie przechodzą go wcale, lękając się napotkać coś nieznanego. Skoro miejsce na obóz było wybrane, jedni zaczęli ścinać krzaki niedaleko się znajdujące i znosili je na stos; drudzy stawiali namioty i okopywali je rówkami; inni znów odwiązywali i przygotowywali naczynia do gotowania. Wagoniery zaś odprzęgali woły i, zostawiając je w jarzmie parami, pętali przednie ich nogi i puszczali na paszę; koniki zaś do kołków naumyślnie zabitych w ziemię uwiązywali na bardzo długich sznurach, aby im zostawić dosyć przestrzeni do spaszenia się naokoło.

⟨253⟩ Jeden z mieszkańców kolonii którą widzieliśmy z naszego obozu przyszedł nas odwiedzić, podczas gdyśmy zajadali — smaczno po zupie z ryżu — smażoną słoninę, popijając wodę z wiskey. Zaprosiliśmy go więc na ten specyał, znany dobrze od wszystkich kolonistów w Texas, bo się tylko nim i plackami z mąki kukurydzianéj żywią. Mówiąc już dosyć dobrze po angielsku, umiałem rozpoznać kto dobrze a kto źle tym językiem wysłowić się potrafi. Spostrzegłszy zatém że ten wizytujący nas kolonista bardzo kaleczył angielszczyznę, zapytałem go jakiéj jest narodowości? Na co odpowiedział mi że pochodzi z Polski. Zadziwiło mnie nie mało to spotkanie rodaka w pustyni; lecz w téj chwili przypomniałem sobie iż arcybiskup z Galwestonu mówił mi o familjach wieśniaków polskich którzy przybyli kolonizować się w Texas; myślałem zatém że jedna lub dwie familje odłączyły się i przyszły osiedlić się niedaleko Houston. Zapytałem go więc po polsku czy razem przybył do Texas z tymi o których mi mówiono w Galwestonie. Kolonista, gdy usłyszał swój rodowity język, nie będąc zupełnie do tego przygotowany, wytrzeszczył oczy, otworzył usta i kilka chwil nie mógł słowa przemówić. Nareszcie złą polszczyzną odrzekł iż nadzwyczaj był uradowany słysząc polską mowę, bo już jéj bardzo dawno nie słyszał — to jest odkąd wyjechał z Gdańska — i opowiedział w krótkości całą swą historyę.

⟨254⟩ W Gdańsku zaciągnął się on jako majtek na okręcie udającym się do Anglii, zkąd, także jako majtek, przypłynął do Nowego-Yorku; a ponieważ życie morskie sprzykrzyło mu się, został więc w wielkiém mieście Nowego Świata i pracował ładując i wyładowując okręta. Przez wielką oszczędność, uzbierawszy jaki taki fundusik, przybył do Texas, gdzie ziemia była za bezcen, prawie darmo, ożenił się, wystawił sobie domek i od ośmiu już lat zamieszkiwał w blizkości Houston.

Opowiadał mi także iż z początku nie mógł się oswoić z niesłychaną mnogością wężów. Krajowcy nauczyli go wprawdzie łatwego sposobu zabijania tych obrzydliwych gadów, które uderzone choćby prętem w kość pacierzową znajdującą się u nich koło paszczy zaraz żyć przestają. Ale pomimo iż codziennie gładził takim sposobem kilka sztuk, węże, jakby z ziemi wychodząc, zawsze się zjawiały i wytępić ich było niepodobna. Przed kilku właśnie dniami zdarzył mu się wypadek który mógł się stać bardzo nieprzyjemnym a nawet niebezpiecznym. Chcąc rano przywdziać buty, uczuł biorąc do ręki że w jednym coś się znajdowało; przechylił go zatém dla wyrzucenia tego niepotrzebnego przedmiotu, a tu wąż jadowity wypadł i prędko wsunął się pod podłogę.

W całym Texas domy drewniane są stawiane na kilkunastu grubych okrągłych pieńkach, od dwóch do trzech stóp wysokości mających, tak że do każdego trzeba wchodzić po schodkach. Zwyczaj ten jest przyjęty z powodu iż wyziewy spiekłéj przez słońce ziemi po najmniejszym deszczu sprowadzają na mieszkańców febrę, a ta jest tak złośliwą i upartą że czasami trwa siedm do ośmiu lat, wycieńczając siły a następnie sprowadzając śmierć. ⟨255⟩ Ponieważ zaś po wsiach nie budują domów piętrowych, chcą więc przez to wzniesienie ich na takich pieńkach oddalić przynajmniéj choć trochę od ziemi.

Między podłogą a ziemią znajduje się zatém w domach wiejskich dosyć duży odstęp, i w nim to pospolicie gnieżdżą się węże rozmaitego gatunku. Lecz zazwyczaj takie pod domami wylęgłe nie są jadowite. Duże, koloru czarnego, lubią bardzo jajka i młodziutkie kurczęta, a ten gust ich szkodę wielką gospodyniom wyrządza. W miastach trzoda chlewna, któréj tam więcéj się chowa, wytępia te gady szkaradne, ale po wsiach spotykać się z niemi trzeba prawie na każdym kroku.

Kilka gatunków wężów znajdujących się w Texas są jadowitymi, ale dwa najjadowitsze, to jest: znacznéj wielkości i grubości grzechotnik, i mały cienki zielony czarno centkowany, nazywany pospolicie litle snak (mały wąż). Ukąszenia pierwszego trzeba się bardzo strzedz, bo dotąd nie znaleziono na nie lekarstwa i w krótkim czasie śmierć następuje. Z łatwością wprawdzie ustrzedz się można, bo ten obmierzły gad, posuwając się, daje znak grzechotkami rosnącemi u ogona. Grzechotanie to, chociaż ciche, daje dosyć czasu do przygotowania się na przyjęcie nieprzyjaciela i zabicia go pierwéj nim ten potrafi ukąsić. Do obrony nie konieczna jest broń, potrzeba tylko troszkę zimnéj krwi i wprawy, aby uderzyć małym pręcikiem w miejsce najdotkliwsze dla wszystkich wężów, to jest w kość pacierzową. W miesiącu maju, w czasie wylęgu, są najniebezpieczniejsze, bo wówczas rzadko pełzają, lecz siedzą w miejscu i rzucają się ⟨256⟩ na przechodzących w blizkości a nieprzygotowanych na ich odparcie.

Od ukąszenia innych jadowitych wężów nauczono nas w Houston sposobu leczenia się. Każdy podróżujący po Texas, lub téż zamieszkały na wsi gdzie lada chwila może być ukąszonym, powinien zawsze mieć pod ręką krzesiwko, hubkę, proch, amoniak i flaszkę z wiskey. Gdy jadowity wąż ukąsi, potrzeba to miejsce zaraz wyssać, jad wypluwać, małą rankę — oznaczoną przez dwa maleńkie równoległe punkciki, jakby końcem szpilki zrobione — posypać prochem, spalić go, potém zaś na chustce przyłożyć amoniaku, i wypić wiskey co tylko można, nawet całą butelkę.

W drodze i później w kolonii zdarzyło się kilka wypadków ukąszenia przez zielonego w czarne centki jadowitego węża; między innemi żona jednego cieśli, która trudniła się praniem bielizny dla kolonistów, była także ukąszona. Wszyscy wypełnili co do słowa przepisy i nic im nie było. Z kobietą zaś była trudniejsza sprawa: krzyknęła przeraźliwie, bo ból jest silny, lecz pomimo nalegań otaczających ją aby zaraz wyssała jad z rany, nie miała odwagi wziąść do ust palca ukąszonego. Widząc że czas płynie a ona tego jedynego środka wahała się użyć, młody uczeń medycyny z Brukseli, który najpierwszy z Cantagrelem przybył do Texas, przyskoczył do niéj, gwałtem uchwycił jéj palec, wyssał jad zostawiony, posypał prochem ranę, spalił go i przyłożył amoniaku. Gdy przyszło do wypicia znaczniejszéj doży wiskey, znowu ukąszona kobieta nie chciała wypić nad jeden mały kieliszek; gwałtem więc dopiero kilka osób ją przytrzymało, przechylono jéj głowę, otworzono ⟨257⟩ usta i wlano blizko pół butelki trunku — a to wszystko ocaliło ją od nieochybnéj śmierci.

Zdaje się że czyn młodego akademika Roger'a, poświęcającego się dla zachowania życia bliźniemu, chociaż naturalny, wart większego uwielbienia jak czyny owych wielkich wodzów armii co dla swéj sławy każą się mordować krociom tysięcy żołnierzy.

Co do grzechotników, ostrzegano nas by nie tylko strzedz się ich żądła, ale nawet ich wzroku, który ma posiadać nadzwyczajną magnetyczną siłę. Opowiadano nam rozmaite zdarzenia, podobne raczéj do bajek z „Tysiąca i jednéj nocy” aniżeli do rzeczywistości. Nie dawaliśmy im wiary, lecz później przekonaliśmy się, i to nie raz, iż rzeczywiście nie były one zupełnie bajkami.

Gdyśmy już osiedlili się w naszéj kolonii, przybył do nas ze stanu Ohayo (Ohio) pastor sekty pietystów nazwiskiem Allen, człowiek wysoko wykształcony; zwiedził on był już kolonję rolniczą North America Phalanx i przyjechał przypatrywać się zakładaniu naszéj, chcąc jedno z podobnych stowarzyszeń zaprowadzić w blizkości Cincinati. Pastor ten był zawołanym strzelcem, szczególniéj zaś lubił doświadczać swéj celności na wężach; nie ruszył się na krok bez dubeltówki i kładł trupem każdą dostrzeżoną gadzinę. Otóż pewnego dnia szedł do Dallas, miasteczka położonego przeszło 3 kilometry od kolonii, a przechodząc przez las cedrowy usłyszał piskliwy głos jakiegoś zwierzątka. Zaciekawiony, zaczął się zbliżać w kierunku głosu i szukać oczami stworzenia które go wydawało. Niebawem ujrzał na wysokim drzewie wie⟨258⟩wiórkę, dziwnie niespokojną, kręcącą się w miejscu jakby przywiązaną. Długo nie mógł zrozumieć powodu téj trwogi, aż nareszcie przyszły mu na myśl owe historye rozpowiadane o magnetyzmie grzechotników. Z niedowierzaniem jednak spojrzał około, śledząc obecności owego strasznego magnetyzera.

Jakże był zdziwiony dostrzegłszy go rzeczywiście. Leżał on opodal na ziemi, przyczajony, z oczyma wlepionemi w wierzchołek drzewa na którym była wiewiórka, zajęty widać cały magnetyzowaniem swéj ofiary; nie wiedział co się koło niego dzieje i nie zwrócił wcale uwagi na zbliżającego się pastora, chociaż nie więcéj jak pięćdziesiąt kroków ten był od niego oddalony... Biedna wiewiórka kręciła się jeszcze i piszczała czas niejaki na miejscu, później zaczęła się spuszczać na coraz niższe gałęzie drzewa. W ruchach jéj zdawał się widoczny jakiś przymus, jakieś ociąganie się, a głos żałosny stawał się coraz cichszy, jakby zamierał. Pastor spojrzał wówczas na obrzydliwego gada, który z otwartą paszczą, nie spuszczając swych ślepi z ofiary, zaczął powoli podsuwać się ku podnóżu drzewa; żal się zrobiło strzelcowi niewinnéj ofiary, wymierzył dubeltówką w strasznego uwodziciela i swoim zwyczajem nie chybił. Niewinne zwierzątko, niejako ocknione, pisnęło jakby z radości i spiesznie poskoczyło na sam wierzchołek drzewa z którego tak niechętnie przed chwilą się spuszczało.

Nasz rodak, doktór medycyny Maszke, który przyjechał nad brzegi Mississippi śledzić symptomata żółtéj febry i leczyć ją, a który następnie padł sam ofiarą téj choroby, opowiadał mi także dziwne rzeczy o magnetyzmie jaki w swym wzroku posiadają grzechotniki. ⟨259⟩ Miał on upodobanie chowania w swym domu jadowitych wężów. Kazał więc zbudować ogromnych rozmiarów klatkę o żelaznych dość grubych pręcikach, z kilkunastu przegrodami, i w niéj utrzymywał starannie te potwory, badając ich obyczaje. Mieszkańców do tego żelaznego domku dostarczali murzyni, umiejący chwytać ich żywemi bez obawy ukąszenia. Żywność jaką doktor dawał swoim strasznym wychowańcom stanowiły po największéj części żywe szczury, znoszone także przez murzynów. Klatka zaś owa była urządzoną w ten sposób iż każdą ze wspomnionych przegród, za pomocą gęstéj drucianéj zasuwy, można było podzielić na dwa oddziały, a w jednym z nich, zostawiwszy węża, w drugim bezpiecznie gospodarować. Do téj pustéj więc komórki wpuszczano szczura, który zwykle, jakby przeczuwając zgubę, tulił się w najciemniejszy kącik i nieruchomy siedział.

Za odsunięciem zasuwy w przegrodzie grzechotnika, gdy już kat i ofiara pozostali sam na sam, wąż, jakkolwiek głodny, leżał najspokojniéj, wlepiwszy tylko w ofiarę swe obrzydłe ślepie. Po kilku minutach téj nieméj walki szczur zaczął wydawać jęk przeraźliwy; po kilku znowu następnych minutach zaczynał się kręcić i przeraźliwie piszczeć, aż nareszcie posuwać się ku gadzinie i cichnąć. Wkrótce potém był on już w paszczy wroga. Utrzymują w tamtych krajach iż grzechotnik jest w stanie tak samo ubezwładnić człowieka, i dla tego kazano się strzedz jego wzroku.

Uczeni z którymi o tém rozmawiałem po powrocie do Europy stanowczo zaprzeczają owéj ⟨260⟩ władzy magnetycznéj we wzroku grzechotnika, jako téż i innych wężów. Nie mogę dyskutować z uczonymi w tym względzie, opowiadam tylko jako podróżnik com słyszał od bardzo ukształconych mieszkańców osiadłych w tamtych krajach.

Ale czas już wielki wrócić do obozu nad strumykiem, gdzie naszego rodaka niespodzianie spotkałem, a który, rozpowiadając mi o swym bucie i o wężu, stał się przyczyną tak długiego ustępu o gadach. Pierwsza noc obozowania była bardzo spokojną i przyjemną nawet. Polak-kolonista bawił u nas do późna w nocy, a nazajutrz rankiem powrócił znowu i towarzyszył nam aż do miejsca drugiego noclegu. Nie mógł on się dosyć nacieszyć rozmową ze mną. Ojczysta mowa, któréj sam już w połowie zapomniał, obudziła w nim wszystkie uczucia i wspomnienia, pieściła ona jego ucho jak najczarowniejsza muzyka. Lubował się, zachwycał każdém słowem mojém. Rodzinna mowa obudza niczém nie dające się zagładzić wspomnienia dziecinnego wieku i okolic w których się młode lata spędziło.

Nazajutrz raniutko zaczęliśmy się wszyscy krzątać około zwinięcia obozu. Wagoniery, dosiadłszy trzech koników, rozbiegli się szukać wołów puszczonych na nocną paszę. Woły te, pomimo że są złączone jarzmem i spętane, zdołają jednak przez noc odejść od obozu niekiedy bardzo daleko. Wagoniery zatém, chociaż na szybkich konikach, potrzebują niemałego czasu by je odszukać i do wozów przypędzić. Po pierwszym noclegu z łatwością przyszło wynalezienie tych zwierząt naszym wagonierom, bo ⟨261⟩ się domyślili iż te woły, kupione w okolicach Houston, rozeszły się do pastwisk na jakie zwykły były wychodzić. Znajomi miejscowości, i pierwszego zaraz dnia dowiedziawszy się gdzie która para była kupioną, wprost tam pojechali zkąd one pochodziły. Pomimo tego jednakże dopiero koło godziny jedenastéj przed południem zdołali zgromadzić wszystkie dwadzieścia par; o téj dopiero godzinie mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę, co nas troszkę niecierpliwiło, bo już o ósméj z rana było wszystko gotowém do pochodu.

Pierwszego, drugiego i trzeciego dnia zatém, to jest póki droga nasza szła przez tak tam zwane łąki \*), wyszukiwanie wołów szło jeszcze jako tako, i mniéj więcéj około jedenastéj z rana zaczynaliśmy nasz pochód, a idąc aż do ósméj wieczorem przebywaliśmy sześć do siedm kilometrów dziennie. Lecz gdy czwartego dnia weszliśmy w ogromne lasy, przez które dwanaście dni ciągiem podróż trwała, wynajdywanie było trudniejszém i żmudniejszém.

\*) Łąkami nazywają w Texas nieuprawne pola. W rzadkich kolonjach jakie gdzie niegdzie napotkać można, uprawiają zaledwie jedną lub dwie morgi kukurydzy, reszta zaś gruntu służy za paszę. Stan Texas, tak duży jak Francya, jest tylko w jednéj trzeciéj kraju zamieszkały. Do téj zatém tylko części północno-wschodniéj wszystkie niniejsze opisy się stosują; o równinach piaszczystych na południu, o górach i lasach środkowych, o stepach i górach zachodnich nie ma co wspominać, ponieważ te wszystkie strony są przebiegane często przez dzikich Indyan, którzy nie pozwalają się osiedlać osobnym kolonistom. W północnéj zamieszkałéj części, tam właśnie gdzieśmy się udawali, uprawianemi są: przenica, żyto, owies, jęczmień i t. d., a nad samą granicą północno-wschodnią, około rzeki czerwonéj, trzcina cukrowa i drzewa bawełniane. W innych zaś częściach — to jest południowo-wschodnich, południowo-zachodnich i środkowych — kukurydza jedynie uprawiać się może; mieszkańcy tych rozległych przestrzeni trudnią się chodowaniem bydła stepowego.

⟨262⟩ Na drodze naszéj mieliśmy spotkać trzy miasteczka: Anderson, Springfield i Korsykanę. Wagoniery nie znali ani tych miasteczek, ani naturalnie drogi do nich prowadzącéj, lecz gdyśmy się z nimi godzili o cenę, oświadczyli iż będzie wszystko all-right (wszystko dobrze), ponieważ nie pierwszy raz zdarza się im prowadzić po Texas woły z wozami a jeszcze nigdy nie zabłądzili, a zatém doprowadzą nas bezpiecznie choćby na koniec świata. W Houston wskazano nam kierunek pierwszego z tych trzech miasteczek, to jest Anderson; w tym kierunku więc szliśmy, dopytując się w rzadkich kolonjach po drodze czy dobrze idziemy? Za wejściem w lasy zostaliśmy pozbawieni tych wszystkich wskazówek: kolonii już nie było, jadących lub idących w tamtych niezaludnionych krajach ani nadziei spotkać; na oślep więc wagoniery wybierali drogę. Skorośmy napotkali dwie lub trzy ścieżki rozchodzące się w rozmaite strony, wagoniery wjeżdżali na taką która się zdawała najprostszą; lecz często po niejakim czasie wybrana droga skręcała na prawo lub lewo, albo téż raptem nie było jéj więcéj...

⟨263⟩ wtenczas siekiery były w robocie i torować musiały nową dróżynę według bussoli.

Po każdym noclegu, zanim wszystkie dwadzieścia par wołów były odszukane w tych gąszczach, w najszczęśliwsze dnie koło południa — często dopiero o drugiéj lub trzeciéj po południu — wyruszaliśmy w dalszą drogę. Wagoniery, obiegając co rano na koniach okoliczne miejsca noclegu, odkryli zawsze albo jakie źródło, albo téż rowy gdzie choć trochę wody się znajdowało; tam więc dążyliśmy na noc następującą.

Raz nam się zdarzyło dwa dni stać na jedném i tém samém miejscu, gdyż kilku par wołów nie można było odnaleźć; koniki téż przez te dni miały za swoje, latając od rana do wieczora bez żadnego odpoczynku; trzeciego dnia dopiero wagoniery spostrzegli woły leżące w niedalekim od naszego obozowiska gąszczu; tymczasem inne znowu, puszczone na paszę, się rozeszły, i tak nieustannie wyszukiwać trzeba było to jedne to drugie. Podobny wojaż nauczyłby najniecierpliwszych ludzi być cierpliwemi.

Najnieznośniejszą i najwięcéj nudną była przeprawa przez rowy, jakie służą za koryta strumieniom wtenczas kiedy w tamtych krajach deszcze padają. Zjeżdżając z góry, prawie zawsze najmniéj jeden z czterech wozów się wywracał, trzeba było więc pakunek zbierać i na nowo ładować; pod górę zaś wagoniery przyprzęgali wszystkie 20 par do jednego wozu. A z temi wołami niesfornemi, nie nauczonemi ciągnąć w takiéj liczbie, wieleż to kłopotu i trudu się użyło zanim z miejsca wyruszyły. ⟨264⟩ Czterech wagonierów chodziło od jednéj pary do drugiéj i przemawiali do tych zwierząt bardzo czułemi słowami, nakłaniając ich aby się razem ruszyły, i pochlebiając im głaskaniem po mordach; to trwało do dziesięciu minut, poczém zaczęli ich popędzać; lecz woły téj pierwszéj przemowy nigdy nie usłuchały i każdy szedł w inną stronę. Wówczas następowało nielitościwe okładanie zwierząt wielkimi drągami, i krzyki tych którzy przed chwilą tak po przyjacielsku się z nimi obchodzili. Krnąbrne, i przyzwyczajone do swobody na pustyniach texańskich, woły jeszcze bardziéj uporczywemi się stawały, i każda para ciągnęła gdzie indziéj, jakby chciały pokazać iż tym sposobem do ładu z nimi dojść nie można. Wagoniery wówczas rzucali swe kapelusze słomiane o ziemię, darli się za włosy i konferowali zwykle bardzo burzliwie, bo każdy z nich spędzał winę na innych. Gdy sesya ta, trwająca kilka minut, skończyła się, przemieniali wówczas stanowiska swoje w ten sposób iż ten co na samym przodzie popędzał woły zabierał miejsce ostatniego, który zastępował drugiego, i tak daléj; znowu przemawiali łagodnie do zwierząt, głaskali je i niejako prosili o ciągnienie razem; później znowu następowało popędzanie, okładanie drągami, rzucanie kapeluszy o ziemię, darcie się za włosy i nowa narada — i tak po kilka razy, aż nareszcie wóz został wciągnięty na górę; na wydobyciu zaś czterech w podobny sposób zawsze zszedł dzień cały. I dlatego gdyśmy nad wieczorem napotkali podobny rów, trzeba było odłożyć przeprawę do drugiego dnia.

Dziesiątego dnia naszéj podróży przez las ujrzeliśmy nagle przed sobą pożar: paliły się trawy i ⟨265⟩ zielska leśne na znacznéj dosyć przestrzeni, zagradzając nam drogę; a myśl że możemy być lada chwila dokoła otoczeni ogniem nie małéj nabawiła nas trwogi. Wagoniery nasi podjęli się zbadania złego i wynalezienia bezpiecznéj drogi. Dosiedli więc koników, i śmiało jeden z nich, nie zważając na palącą się pod jego nogami trawę, galopował naprzód by się przekonać o szerokości ogniowego pasa; drugi pojechał w prawo, trzeci w lewo, by zobaczyć czy go wyminąć będzie można z łatwością. Po dość krótkim czasie wrócili wszyscy. Trawa paliła się w poprzecznym do naszéj drogi kierunku, daleko w prawo i w lewo, ale szerokość pożaru nie wynosiła jeszcze jak pareset kroków; nie było zatém innéj rady jak przebyć ten pożar, tém bardziéj że jeden z wagonierów odkrył po za ogniem szeroki i trochę wodą napełniony rów, za który raz dostawszy się mogliśmy już całkiem być bezpieczni.

Trwoga o życie dodaje nieznanéj siły i odwagi. Tak jak na morzu, gdy w spód okrętu woda jakimkolwiek sposobem się zakradnie, wszyscy pasażerowie — nawet najdelikatniejszego zdrowia — biorą się do pompowania jéj aby zastąpić strudzonych majtków, bo zagrożeni są zatopieniem statku; tak téż i my, bojąc się być spalonymi, rzuciliśmy się wszyscy do szpadli, do siekier, i zaczęliśmy torować szeroką drogę dla wołów i wozów, usuwając gorejącą trawę. Szczęściem że trawy w tém miejscu nie były gęste ani wysokie i przy saméj ziemi się tliły; z niewielką trudnością przychodziło nam torowanie téj drogi, lecz przez blizko ½ kilometra długości praca była długa i mozolna, pot lał się ⟨266⟩ z nas obficie, zarówno z trwogi jak i z trudów; nareszcie doprowadziliśmy szczęśliwie i woły i wozy do rowu, a przeprawiwszy się na drugi jego brzeg odetchnęliśmy swobodniéj.

Pewnego dnia nabawiło nas strachu znowu spotkanie dwóch dzikich Indyan z bronią na plecach, prawie zupełnie nagich, z włosami długiemi w warkocze splecionemi, z twarzami pomalowanemi na kolor ceglasty. Myśleliśmy iż byli awangardą liczniejszéj i uzbrojonéj hordy, i że będziemy musieli bitwę stoczyć aby uchronić nasze czaszki od skalpowania (zdjęcia z czaszki włosów ze skórą). Wagoniery, świadomi zwyczajów dzikich Indyan którzy czasami w lasach zamieszkałéj części Texas się pokazują, uspokoili nas jednak, zapewniając iż to byli tylko złodzieje na konie, które kradną bardzo zręcznie i z wielką śmiałością; następującéj téż nocy ostrożność wielka była zachowaną w naszym obozie.

W zachodniéj części Texas koloniści nie osiedlają się pojedynczo, z obawy napadu dzikich, ale budują chałupy jedne przy drugich, tworząc niejako wioski dla łatwiejszéj i wspólnéj obrony. Pomimo to Indyanie napadają w celu kradzieży. Jeżeli broniących swéj własności mieszkańców skutkiem liczebnéj większości dzicy pokonają, to mordują wszystkich bez wyjątku, obdzierają skórę z włosami z głów ofiar, palą budynki, a zabrawszy cały dobytek uchodzą w swoje siedziby niedostępne. Ci dwaj, których spostrzegliśmy, widząc nas uzbrojonych w dubeltówki i w dość znacznéj liczbie, zwrócili się szybko w bok i ukryli się w gęstych zaroślach lasu, bo będąc tylko dwóch zlękli się; lecz ⟨267⟩ gdyby byli liczniejsi niezawodnie spróbowaliby zmierzyć się z nami.

Niekiedy, dla urozmaicenia naszéj nudnéj i jednostajnéj podróży, polowaliśmy. Najczęściéj padały króliki, które przyrządzone na kolacyę wcale smaczne się nam wydawały; czasami zabijaliśmy wiewiórki, lecz mięso ich było miękkie i mdłe. Największego festynu używaliśmy gdy ubito danieła, lecz to rzadko przytrafiało się... Raz o świcie kilkunastu kolonistów szło z kubłami do strugi płynącéj o tysiąc kroków od obozu; z przeciwnéj strony, zapewne w celu ugaszenia pragnienia, postępowało całe stado danieli, wyciągnięte sznurem, w liczbie około pięćdziesięciu. Kilku z kolonistów porzuciło kubły i pobiegło po dubeltówki, lecz zwierzęta te, nie przyzwyczajone do widoku ludzi, instynktem odgadując nieprzyjaciół, w téj chwili pierzchnęły.

Szesnastego dnia nareszcie wyszliśmy z lasu, i z wielką radością ujrzeliśmy miasteczko Anderson na wzgórzu położone. Po za miastem rozciągały się, nieprzejrzane okiem, pokryte wysoką trawą, tak nazywane łąki, czyli pola nieuprawne. Po jednodniowym wypoczynku w Anderson wyruszyliśmy w dalszą, lecz już trochę przyjemniejszą i łatwiejszą drogę. Pochód przez te stepy był daleko szybszy i wyszukiwanie wołów mniéj marnowało czasu. Ostrzeżono nas w miasteczku o potrzebie zabrania na wozy zapasu drzewa do gotowania, gdyż na łąkach czasem przez kilka dni nie zdarza się napotkać choćby najmniejszego krzaka. Nadto radzono nam ostrożność w wybieraniu miejsc na zakładanie ognisk; pożar bowiem tych łąk jest daleko straszniejszy i niebezpieczniejszy aniżeli lasu. Sucha a wysoka trawa z wielką łatwością się zaj⟨268⟩muje, płonie silnym i szybko się posuwającym ogniem, z pośród którego uciec bardzo trudno, nawet na najdzielniejszym rumaku. Liczne stada bydła, koni, trzody, pasące się na tych ogromnych przestrzeniach, uciekają wówczas w największym pędzie, wydając głosy trwogi, a wiedzione instynktem zachowawczym dążą do miejsc w których chociaż troszkę wody lub bagna znaleźć można i uchronić się niebezpieczeństwa. Gromady wężów i gadzin pełzną także z pośpiechem i przeraźliwém sykaniem ku owym zbawczym miejscowościom. Nasza karawana, posiadając tylko trzy koniki na trzydzieści siedm osób, musiałaby nieochybnie zginąć w podobnéj katastrofie.

Piątego dnia po wyjściu z Anderson przybyliśmy do niewielkiego lasku, w środku którego był młyn parowy i dwa dość duże domy. Jeden z tych ostatnich służył na skład żelaziwa, kukurydzy, mąki pszennéj, wiskey, tabliczek prasowanego tytoniu na prymki, cygar, cukru, herbaty, kawy i innych podobnych — najwięcéj poszukiwanych a nie zbytkowych — towarów; drugi zaś był mieszkaniem młynarza i kupca. Gdyśmy zapytali czy daleko byliśmy od miasteczka Springfield, odpowiedziano nam że właśnie w niém się znajdujemy. Oznaczone na karcie, wymienione w geografii owo miasto posiadało tylko trzy budynki wyżéj wymienione. Jako środkowy punkt okolicznych kolonii, miało dość ważne znaczenie i skupiało w sobie mnóstwo interesów: koloniści przywozili kukurydzę do zmielenia, zaopatrywali się w potrzeby codzienne do życia i zbywali jedni drugim swe płody.

⟨269⟩ Nakupiwszy artykułów rozmaitych, napiwszy się doskonałéj źródlanéj wody (bo spring znaczy źródło, field pole, i dlatego to miejsce zwane było Springfield) — napoju nieoszacowanego dla nas którzy byliśmy zmuszeni pić go często z kałuży i na wpół z błotem — napełniwszy nim nasze beczki, nie zatrzymaliśmy się długo w tém mniemaném miasteczku.

W kilka dni później ujrzeliśmy znowu miasteczko, ale już większe i porządniejsze aniżeli dwa pierwsze spotkane w naszéj wędrówce po stepach. To ostatnie nazywało się Korsykana i liczyło przeszło 1000 mieszkańców. Założone i zamieszkałe niegdyś przez Meksykanów, zachowało prawie wszystkie zwyczaje hiszpańskie. W okolicach Korsykany już gdzie niegdzie dawały się widzieć pola uprawne, a na nich bujające kłosy żyta lub pszenicy.

Dziwna zaprawdę jest natura ludzka! Gdy codziennie się widzi pola uprawne, widok ich jest obojętnym; po kilkumiesięczném jednak niewidzeniu, gdy się je ujrzy, nadzwyczaj miłe wrażenie ten widok czyni.

Począwszy od miasteczka Korsykana, w drodze ku miejscu naszego przeznaczenia, napotykaliśmy już daleko częstsze kolonje, domy porządniejsze i pola poobsiewane; jedném słowem, po przebyciu pustyń weszliśmy w kraje zamieszkałe przez rolników, i z tego powodu podróż nasza przez ostatnie sześć dni była daleko znośniejszą i przyjemniejszą.

O pięć kilometrów za Korsykaną, stanąwszy około drugiéj godziny po południu na odpoczynek (bo wielkie gorąco dokuczało nam dnia tego), uderzył nasze oczy domek stojący na ustroniu, nad⟨270⟩zwyczaj czysty a nawet elegancki, co w tamtych stronach było osobliwością. Domek ten wyglądał jakby jaka oaza z poza otaczających go drzew magnolii i wspaniałych palm cypryjskich czyli bananów; a że gościnność texańska pozwala wejść do każdego domu dla odpoczęcia i ochłodzenia się kwaśném mlekiem lub czystą wodą, i że z drugiéj strony mieliśmy w przyszłości być sąsiadami (bo nasza kolonja leżała tylko o 15 kilometrów od tego miejsca), zaciekawieni kto mieszka tak elegancko i chcąc zrobić znajomość, dosiedliśmy z panem Cousin koników, udaliśmy się do ładnego domku i weszliśmy — jak tego zwyczaj tamtejszy wymaga — bez zapytania czy nas pragną przyjąć lub nie.

Zastaliśmy w nim właścicielkę, jeszcze młodą osobę, ubraną bardzo starannie, i małą dziecinę kręcącą się koło swéj matki, na któréj twarzy, w oczach i całéj postawie było wyryte jakieś niewypowiedziane cierpienie moralne. Przyjęła ona nas grzecznie i z godnością. Kazała murzynce wynieść zimnéj wody i wazę kwaśnego mleka, zapraszając abyśmy się ochłodzili; potém siadła w kąciku i smutnym wzrokiem spoglądała na swe dziecię. Na zadawane pytania odpowiadała yes albo no (tak i nie), tak iż było widoczném że ją wszelka rozmowa trudziła. Nie śmieliśmy się zapytać o przyczynę tak głębokiego smutku; podziękowawszy więc za gościnność, oddaliliśmy się wkrótce.

O dwa kilometry ztamtąd stanęliśmy nad źródłem na nocleg. Niedaleko od naszego obozowiska był znowu domek, nie tak wprawdzie elegancki jak tamten cośmy w południe widzieli, ale bardzo przyzwoity, widać że zamieszkały przez za⟨271⟩możniejszych kolonistów. Po wieczerzy udaliśmy się znów z wizytą do tego domku, w którym (jakeśmy się dowiedzieli) mieszkał judge (sędzia), jeżdżący 3 razy w tydzień do Korsykany sądzić sprawy. Zapytaliśmy się go czy nie wié przyczyny tak głębokiego smutku swéj blizkiéj sąsiadki, którąśmy odwiedzili przed kilku godzinami. Opowiedział nam jéj historyę, i istotnie tragiczną ona była.

[Tu kończy się rozdział XXI. Następny rozdział XXII („Nieszczęśliwa Matka”) — tragiczna historia owéj Angielki, pani Newcast — pominięty (poza zakresem; nie dotyczy kolonii).]


XXIII. RÉUNION

⟨276⟩ Nareszcie po trzydziestu dwóch dniach marszu krokiem prawdziwie wołowym, bo zastosowany do chodu tych zwierząt, niedoznawszy żadnéj znaczniejszéj przeciwności, przywlekliśmy się w dniu trzeciego maja na miejsce, w którém Cantagrel zaczął już drugi dom budować, i które nazwał Réunion. Miejsce to bowiem podług jego planów miało być punktem zbiorowym dla wszyst⟨277⟩kich kolonistów i stolicą wszystkich mających w przyszłości powstawać osad.

Cantagrel \*) przyjechał z Belgii już od pięciu miesięcy do Dallas. Zaopatrzony w potrzebne fundusze do zakupienia ziemi i mając upoważnienie od komitetu kompanii kolonizacyjnéj zawiązanéj w Brukselli, zajął się gorliwie wynalezieniem najstosowniejszéj miejscowości na uprojektowaną kolonię.

Plan Considerant'a był: naprzód, założyć kilka, później kilkanaście stowarzyszeń rolniczych około siebie, na wzór North America Phalanx i innych które się udały i prosperowały w Stanach Północnych; w przyszłości zaś, za lat 6, 8 lub 10, skoroby wszystkie te stowarzyszenia doszły do pewnego punktu dojrzałości, sformować jeden, dwa lub trzy Falanstery na wielką skalę, to jest takie jakie były wskazane przez Fourier'a w jego dziełach, czyli: Stowarzyszenia pracy, talentu i kapitału.

Widać jednak że godzina nie wybiła jeszcze, bo pomimo znakomitego zdatnością naczelnika, pomimo znacznych zasobów pieniężnych, dostarczanych przez kompanję kolonizacyjną uformowaną w Brukselli, pomimo zapału i poświęcenia bardzo wielu wysoko wykształconych ludzi, próba się nie powiodła, jak to zaraz bliżéj opowiem, cytując wyjątki z mojego dzienniczka.

\*) Cantagrel, dawny reprezentant narodu w izbie prawodawczéj francuzkiéj w 1850 r., jest dzisiaj jednym z najwięcéj wpływowych członków rady municypalnéj paryzkiéj.

⟨278⟩ Cantagrel, jak po większéj części wszyscy Francuzi, nie umiał żadnego cudzoziemskiego języka. Powziąwszy zamiar udania się do Ameryki, wziął się wprawdzie do praktycznéj nauki angielszczyzny, wyuczył się na pamięć całéj metody Olendorfa i zdawało mu się iż o potocznych rzeczach z Amerykanami rozmówić się potrafi; zawiódł się jednak bardzo: z jego angielskiéj mowy mało kto mógł się coś domyśleć, szczególniéj zaś on Amerykanów zrozumieć z początku nie mógł. Na szczęście towarzyszył mu Roger, uczeń medycyny uniwersytetu brukselskiego, który zdecydował się dzielić losy naszego przedsięwzięcia i razem z Cantagrelem przybył do Ameryki, a który, znając dobrze język niemiecki i będąc młodszym, wkrótce mówił nieźle potrzebnym tam językiem.

Gdy przyjechali do Dallas, wskazano im pułkownika wojsk Stanów Zjednoczonych, który za odznaczenie się w wojnie meksykańskiéj (1846 roku) otrzymał w nagrodę wielkie obszary ziemi w Stanie Texas, a przytém jeszcze ponabywał warranty (tytuły własności na pergaminie) od innych oficerów i żołnierzy, podobnież jak on przez naród obdarowanych.

Dallas jest na drodze z Meksyku do Stanów Zjednoczonych; wszyscy zatem wojskowi wracający po skończonéj kampanii z warrantami w kieszeni, tamtędy musieli przechodzić. Nie jeden z żołnierzy a nawet oficerów, niemając funduszów na dalszą drogę, lub nie myśląc nigdy zostać kolonistą, sprzedawał za bezcen swój tytuł własności na 300, 600 lub więcéj akrów wydany. Pułkownik Jhonson kupował bardzo tanio podobne tytuły, płacąc po ¾ a najwięcéj dolara za morg gruntu, ⟨279⟩ i tym sposobem stał się właścicielem znacznych obszarów w okolicy Dallas położonych.

Pułkownik ten całą swoją rozległą własność podzielił na sekcye zawierające po 600 akrów, w taki sposób iż każda z nich zawierała w sobie jakąś część lasu, łąk i pól zdatnych do uprawy. W każdéj z nich wybudował mały domek, okolił płotami 20 akrów ziemi, mającéj stanowić przyszły ogród lub pastewnik, a tak powiększywszy znakomicie wartość całych sekcyi, odprzedawał je z wielkiém zyskiem, bo po 3, 4 do 5 dolarów za każdy akr, czyli każdą sekcyę od 1800 do 3000 dolarów.

Zważywszy że domek taki, a raczéj szałas bez drzwi i okien, przy obfitości drzewa na miejscu i przy pracy kilku murzynów niewolników, kosztował najwięcéj już z ogrodzeniem 250 do 300 dolarów, pojąć łatwo iż pułkownik spekulant doskonałe robił interesa.

Cantagrel wszedł z nim w układy, a wybrawszy dwie sekcye stykające się z sobą, o 3 kilometry od Dallas położone, nabył jedną po 3 dolary za akr, drugą zaś, ze względu na lepszy gatunek ziemi, na las piękny cedrowy i na płynącą środkiem rzekę Trinity, płacił po 5 dolarów. Razem więc 1200 morgów kosztowało 4800 dolarów (około 25000 franków).

W domku téj nadrzecznéj sekcyi Cantagrel z Rogerem założyli główną kwaterę, zakupili kilka par wołów, a nająwszy robotników i cieśli w miasteczku Dallas, zajęli się sprowadzaniem drzewa z lasu i budowaniem. Ani chwili czasu nie zmarnowali, tak że za naszém przybyciem zastaliśmy już i ziemię na początkową pracę ⟨280⟩ (bo w miarę przybywania kolonistów miano dokupywać daleko znaczniejsze obszary) i jeden dom obszerny na tymczasowe umieszczenie przybyłych zupełnie gotów, drugi zaś rozpoczęty, równie jak niewielką kuchenkę oddzielnie wystawioną i budulcu sporo obrobionego zwiezionego. Zasługa tego pośpiechu należała się także w znacznéj części robotnikom Amerykanom, którzy wprawdzie sowicie każą sobie płacić, ale pracują też niezmordowanie i ze szczególną szybkością umieją wznosić nie wytworne, lecz trwałe i wygodne budowle.


XXIV. WYJĄTKI Z DZIENNIKA PROWADZONEGO OD CZASU PRZYBYCIA DO RÉUNION

Dnia 4. maja. W dniu onegdajszym w południe, przechodząc koło jednéj kolonii blizko naszéj drogi położonéj, wstąpiliśmy dla ochłodzenia się mlekiem kwaśném. Zapytany przeze mnie gospodarz czy nie wié jak daleko przybyły do Dallas od kilku miesięcy Francuz kupił ziemię? — odpowiedział iż o niecałe pięć kilometrów nowy duży dom jest już przez niego wystawiony, i że pobliżsi sąsiedzi jeżdżą go oglądać jako osobliwość w tym kraju, gdzie tylko małe domki budują.

⟨281⟩ Gdy tę odpowiedź gościnnego kolonisty texańskiego zaniosłem moim towarzyszom, ucieszyli się wszyscy iż nareszcie byliśmy już u celu długiéj, nużącéj podróży. Postanowiliśmy więc dojść tę niewielką odległość w tymże samym dniu, namawiając wagonierów aby popędzali woły; lecz nie przewidzieliśmy iż napotkamy łoże rzeki, przy którém odegraną została zwyczajna komedya wagonjerów z wołami, zakończona jeszcze jedném koczowiskiem. Wczoraj dopiero ujrzeliśmy kolonję. Cousin pojechał pierwéj, ja zaś z innymi zostałem przy wagonjerach. W godzinę później przyjechał do nas konno Cantagrel i powitaliśmy się serdecznie. Postępując z wolna przy wozach i wypytując się wzajemnie o szczegóły naszych podróży, o godzinie trzeciéj po południu stanęliśmy przed owym wielkim domem.

Przez całą szerokość domu ciągnie się szeroka sień. Około czterech ścian zewnątrz są tak zwane werandy (obszerne ganki). Wewnątrz zaś cztery duże sale bez drzwi i okien, wedle zwyczaju w Texas po wsiach przyjętego. W sali jadalnéj stoi długi stół a naokoło ławki. Jak widać z tych przygotowań, czeka nas tu przez długi jeszcze czas ciąg dalszy obozowania, jakie zaczęliśmy w Houston, tyle tylko że nie w namiotach z płótna lecz pod dachem drewnianym.

Wypakowano wozy; każdy umieścił się gdzie mógł w jednéj z czterech sal, kładąc swój materac na ziemi i koło niego kufer lub inne rzeczy, a tym sposobem brał w posiadanie swe tymczasowe mieszkanie.

Póki w drodze łatwiéj wszystkie niewygody każdy znosił, bo myślał że się kiedyś skończą; lecz ⟨282⟩ tutaj jeszcze jakiś czas trzeba będzie tak zostać i obawa jest aby nie było szemrania. Możeby lepiéj był zrobił Cantagrel stawiając kilkanaście małych domków, które tutaj nadzwyczaj prędko się budują, mogących pomieścić każdą familję osobno, lub też po dwóch i trzech bardziéj z sobą sympatyzujących kawalerów, a przez to uniknęłoby się chociaż tymczasowego tylko komunizmu, wstrętnego dla wszystkich.

Dowiedziawszy się o małym domku w dolinie, o 3 kilometry odległym, w którym Cantagrel z Roger'em dość długo mieszkali zanim wielki dom na górze stanął, prosiłem aby dla mnie i dla jednego jeszcze lub dwóch towarzyszy mógł być na rezydencyą oddany. Cousin i Roger chcieli być ze mną. Cantagrel, rozporządzający wszystkiém jako wódz naczelny, musiał pozostać przy głównéj armii w wielkim domu. My zaś we trzech ruszyliśmy do małego domku składającego się z dwóch małych stancyjek; jest tu także komin i podobno w dodatku pod podłogą niezliczone gniazda wężów. Świec podczas lata nie palą w Texas, bo drzwi i okien w tych domkach nie ma, a mustiki (komary) do światła przybiegają; dla nieprzywabienia ich zatem trzeba się obyć bez światła. Mamy zato noce cudownéj piękności i spokojności.

Wojażerowie opiewają wierszem i prozą piękność włoskiego a osobliwie neapolitańskiego nieba; gdyby przebyli noc jedną pod texańskiém niebem, musieliby szukać słów nowych na opowiadanie jego uroku. Pomimo trudów wczorajszego pochodu i wypakowania wozów, całą prawie noc przesiedzieliśmy we trzech przed małym naszym domkiem, rozpowiadając sobie wrażenia i wypadki podróży ⟨283⟩ i podziwiając majestat gwiaździsty téj zachwycającéj nocy.

Dzisiaj rano poszliśmy na górę i wraz z towarzyszami zasiedliśmy przy dużym stole do śniadania. Oprócz dwóch którzy wybrali zatrudnienie kucharskie, i dwóch co podjęli się usługiwać, dla każdego bez wyjątku znalazło się tu miejsce. Ci co podjęli się gotować (a do przyrządzenia tutejszych potraw nie potrzeba wiele umiejętności i każdy może je wykonywać) i usługiwać, będą te funkcye odbywać aż do niedzieli wieczorem, a w przyszły poniedziałek ma się odbyć próba giełdy na wzór téj która się odbywa w North-America Phalanx (w rozdziale VIII. części drugiéj opisanéj). Ustawy tamtéj kolonii chcemy w początkach naśladować, z nadzieją iż później będziemy mogli przewyższać ją w ulepszeniach.

Po długiéj gawędce, około godziny dziesiątéj z rana, wszyscy rozeszli się spocząć na swych posłaniach. Bardzo wielkie upały zaczynają dokuczać; od dziesiątéj z rana do trzeciéj popołudniu nie podobna będzie pracować... i ogólnie w całym Texas każdy czas ten obraca na spoczynek. Robota czy ręczna, czy umysłowa, odbywa się tutaj od czwartéj z rana do dziesiątéj przed południem, i znowu od trzeciéj do wieczora. Wszystkoby jeszcze uszło, gdyby nie te nieznośne węże, do widoku których trudno się przyzwyczaić; dzisiaj zabiliśmy już kilkunastu.

Dnia 14. maja. Jedenaście dni upłynęło od naszego przybycia; stawianie budynków idzie wolniéj jak w początkach gdy sami Amerykanie pracowali. Cieśle bowiem francuzcy i belgijscy pracują wprawdzie dokładniéj, z większą starannością i ele⟨284⟩gancyą, lecz nie pośpieszają w robocie. Amerykanin jest nadzwyczaj czynnym, wszystko prędko robi: prędko buduje, prędko żyje, a myśli najpierwéj o użyteczności. Nim kilka nowych budynków stanie, przyszło nam na myśl aby w czterech salach dużego domu już postawionego porobić framugi z drzewa przy ścianach i w nich ułożyć z tarcic łóżka piętrowe, podobnie jak na okrętach lub w hotelu szwajcarskim w Hawrze; nie wiele wprawdzie przyczyni się wygody w spaniu, ale zyskamy przez to na porządku i miejscu, bo wszystkie kufry i bagaże dadzą się ukryć pod dolnemi łóżkami. Trzech cieśli Amerykanów, pozostających do pewnego czasu w kolonii, w bardzo krótkim czasie plan ten wykonali, i teraz każdy ma jeśli nie osobny pokój dla siebie, to przynajmniéj własny kącik.

W przeszły poniedziałek o godzinie dziesiątéj z rana, przed udaniem się na spoczynek, zrobiono próbę giełdy, to jest: układów powszechnych na których każdy ze stowarzyszonych podejmuje się wykonywać pewną pracę użyteczną dla ogółu kolonii przez cały tydzień następujący. Lecz nie było nas jeszcze dosyć. Obecnie najwięcéj potrzeba czuć się daje cieśli i pomocników; dla nich wybór zatem roboty nie może być dowolny, wszyscy muszą się wziąść do topora i piły. Giełda więc nasza tylko dla formy odbytą została. Dwóch rolników, którzy jak mówią cokolwiek znają się na kuchni, pozostali kucharzami, podjęli się nadto wody ze źródła przywozić. Cousin i Roger, jako niezdatni do ciesielstwa ani do rolnictwa, podjęli się usługiwać przy stole. Roger, chociaż kawałek doktora, nie ma nic w swoim fachu do ⟨285⟩ czynienia, bo wszyscy, Bogu dzięki, jesteśmy zdrowi. Ja zaś nie mogę żadnéj stałéj brać na siebie, bo przyjąwszy rolę tłumacza już w Nowym Orleanie i przez drogę, nadal przeznaczony jestem do załatwienia interesów kolonii w miasteczku Dallas, gdzie nikt nie mówi po francuzku; tam więc codziennie kilka godzin przebywam, co z drogą tam i napowrót cały prawie dzień mi zajmuje. Rolnicy zajmują się także dorywkowo inwentarzem, kiedy go potrzeba zganiać z paszy i zaprzęgać. Cantagrel, jako naczelnik dotychczasowy, uwolniony jest od wszelkiego innego zatrudnienia.

Od kilku dni przybył do kolonii pan Allen, pastor sekty pietystów ze stanu Ohio. W przeszłym roku zwiedził on kolonję North America Phalanx i kilka innych w Stanach Północnych kwitnących, a teraz chce przypatrzyć się początkowi naszéj, myśli bowiem około Cincinati coś podobnego założyć. Syn jego, dziesięcioletni chłopczyk, towarzyszy mu w podróży. Obydwa nie wypuszczają strzelby z rąk i strzelają do wężów, nigdy ich nie chybiając.

W Dallas jest bióro pocztowe; listy przychodzą raz na tydzień i raz odchodzą. Co poczta mamy jakiś list z Europy, i wszyscy z ciekawością wypytujemy się o nowiny z drugiéj części świata, zawsze nam miłéj i, pomimo świetnych widoków jakie tutaj mamy, zawsze żałowanéj. Od nas także dużo listów wychodzi do Paryża i Brukselli, i z większą jeszcze ciekawością muszą być tam czytane, mianowicie przez tych co mają zamiar przybyć do nas.

Poznałem się z panem Gold, najznakomitszym kupcem w Dallas, który nam dostarcza wszyst⟨286⟩kiego czego tylko potrzebujemy i zażądamy. Sklep jego jest zaopatrzony w najrozmaitsze rzeczy: można tam dostać słoniny, wiskey, wina, araku, cukru, soli, kawy, herbaty i t. p. koniecznych do życia artykułów, chaotycznie rozrzuconych. Na podwórzu są znowu: narzędzia rolnicze, skóry wołów, bawołów, niedźwiedzi, żelaztwo rozmaite, wozy, skrzynie, beczki, pudełka i t. d.

Po mięso posyłamy do miasta; sami nie jesteśmy w dosyć znacznéj liczbie aby rzeź u siebie zakładać, mamy projekt to czynić skoro będziemy liczniejsi. W mieście targ zaczyna się o godzinie czwartéj z rana a kończy o szóstéj, czyli trwa tylko dwie godziny, później bowiem już jest za gorąco. Targ ten nie codziennie w Dallas się odbywa, bo rzeźnika tam nie ma. Gdy kolonista jaki zabije wołu, przywozi go raniutko na plac miasteczka i siekierą odcina kawałki, sprzedając je na oko bez wagi. Do szóstéj z rana musi to mięso być rozkupione, i ci co go nabywają zaraz pieką, smażą lub gotują, surowe bowiem zepsułoby się wkrótce. Mieszkańcy téż tutejsi przez ośm miesięcy (od marca do listopada) zimne tylko potrawy mięsne jedzą. Szybkie to psucie mięsa, oprócz gorąca, przypisać także można w części zwyczajowi tutejszemu bicia bydląt przez zastrzelenie.

Pospolicie, gdy kto chce zabić wołu na swój użytek lub na spekulacyę, idzie z właścicielem stada przed wieczorem na łąki, wybiera jedną sztukę, kupuje ją na upatrzonego (płacąc zwykle 8 do 10 dolarów) i obadwa strzelają do wyznaczonéj ofiary, którą pospolicie kładą na miejscu, potém zaraz obdzierają ze skóry, ćwiertują i w nocy ⟨287⟩ wiozą na miejsce gdzie ma być spożytą lub rozprzedaną.

Sposób życia naszego w kolonii jest następujący: Wstajemy przed czwartą z rana i każdy zabiera się do swéj roboty; o szóstéj dzwonią na śniadanie składające się z beefsztyku (kiedy jest świeże mięso) lub ze smażonéj słoniny, z fasoli albo soczewicy (jakich znaczne zapasy przywieźliśmy z Nowego Orleanu). Placki z mąki kukurydzianéj służą nam za chléb i popijamy czarną kawą; krów jeszcze nie kupiono, a zatem mleka nie mamy. Po śniadaniu wracają wszyscy do zaczętéj roboty i przy niéj zostają aż do dziesiątéj przed południem. Ci co cięższe roboty wykonywują, nim się udadzą na spoczynek, jedzą po kawałku chleba świeżo upieczonego i séra w Ameryce [wyrabia?]nego (lecz wcale niesmacznego).

O godzinie trzeciéj po południu, po przespaniu pięciu godzin, wszyscy wstają i schodzą się na obiad złożony z rosołu bez jarzyn ugotowanego (bo tych wcale tutaj nie ma), które zastąpione są czosnkiem, imbirem, zielem angielskiém i pieprzem, co trochę smaku dodaje; potém ze sztuki mięsa z chlebem pszennym i czystéj wody do popicia. Po obiedzie znowu praca do dziewiątéj wieczorem, a potém kolacya złożona z herbaty i świeżo upieczonych placków mąki kukurydzianéj.

Jeśli mięsa świeżego nie ma którego dnia na targu w mieście, na obiad zamiast rosołu robią zupę z ryżu okraszoną słoniną, bo masło jest nadzwyczaj rzadkie a przez to bardzo drogie.

Wcale nie wykwintna kuchnia, ale jak się urządzimy, wszystko będzie lepiéj i zapomnimy o teraźniejszych niewygodach. Aby tylko sił nam nie ⟨288⟩ zabrakło. W tych krajach murzyni tylko mogą wytrzymać słoneczne żary; nie wiem czy my Europejczycy potrafimy się tak zahartować.

Considerant pisał z Waszyngtonu, gdzie pojechał oddać wizytę prezydentowi Stanów Zjednoczonych, że wyjeżdża do Nowego Yorku, dokąd jego żona, matka jéj pani Vigoureux i żona Cantagrela już przybyły z Europy. Wkrótce mają wszyscy wyruszyć ku nam.

Doktór Sawardan z siedmdziesięciu pięciu kolonistami wyjechał także już od miesiąca z Hawre; za dwa miesiące najdaléj przybędzie więc do nas, do téj chwili kilka nowych domów stanie i będziemy mieli gdzie przyjąć nowych towarzyszy... Następnie znowu niejaki pan Birqui, rodem szwajcar, ma niedługo przybyć z trzydziestu kilku swymi rodakami. Tak więc co raz kolonja nasza zwiększać się będzie; to téż zamyślają kupić kilka nowych sekcyi od pułkownika Jhonson i sprowadzić co najwięcéj budulcu do stawiania nowych domów.

Dnia 5. czerwca. Rzadko biorę mój dzienniczek do ręki, bo życie nasze, jednakowo monotonne, nic nowego nie przedstawia. Budowle wznoszą się jako tako. Drugi dom takich samych rozmiarów jak pierwszy już postawiony, trzeci zaś za kilka dni będzie skończony. Na radzie zdecydowano stawianie nadal mniejszych domków, bo naprzód w krótszym czasie wybudować je będzie można, potém zaś uznano za stosowniejsze umieszczać familje które z Sawardanem przybędą osobno, a kawalerów po trzech lub czterech razem łączyć, dla uniknienia komunizmu w prywatném życiu. Stowarzyszenie bowiem tylko w pracy po⟨289⟩winno egzystować, tak jak się to dzieje w North America Phalanx.

Prace rolnicze teraz jeszcze są zawieszone, bo niéma co zbierać a siać nie czas. Na kupionych sekcyach ziemi uprawnéj kilkanaście ledwie morgów zastaliśmy zasianych kukurydzą, która dopiero tu w połowie sierpnia dojrzewa; lecz na tak małą ilość nie wiele potrzeba będzie ludzi do zbioru. Ziemia w tym nowym kraju nie wymaga kilkakrotnéj uprawy i nawozu: przy końcu października dosyć raz zorać i zasiać, a w ostatnich dniach maja czas już żniwa nastaje.

Na drugi dzień po przybyciu naszém na miejsce, to jest w dniu 4. maja, ogrodnicy wybrali spory kawał ziemi na ogród warzywny, ogrodzili go i zaczęli kopać, zasadzając rozmaite nasiona przywiezione z Europy. Porobili oni ładnie i porządnie wygracowane ścieżki, po jakich można się wieczorem przechadzać. Słońce, tak dobroczynne w innych krajach, nielitościwie w Texas wypala; podlewanie ranne i wieczorne na nic się nie przydaje, a przychodzi tu z wielkim mozołem, bo trzeba w beczkach wodę sprowadzać z dosyć daleko położonego źródła. Zapytywałem mieszkańców Dallas czy taki jest stan normalny, to jest że słońce wszystko pali?.. odpowiedziano mi iż wprawdzie bardzo mało jarzyn przyjmuje się u nich, lecz te co wzrastają bywają zasadzane lub zasiewane między kukurydzą, któréj duże łodygi z szerokiemi liśćmi chronią od palącego słońca i utrzymują troszkę wilgoci w ziemi; podlewanie zaś wodą na nieosłonionych w ten sposób nasionach nie tylko nie pomaga ale szkodzi. Rada ta posłuży nam na rok przyszły, teraz już za późno.

⟨290⟩ W ogóle miesiące które w Europie zimę stanowią, to jest od listopada do marca, w Texas bywają najprzyjemniejsze, bo wiatr północny chłód sprowadza, z resztą zaś panuje ciągłe ciepło wiosenne; a te które u nas od kwietnia do października są łagodne i rozkoszne, zamieniają kraj tutejszy w smutną pustynię. Wielkie upały i brak zupełny deszczów wyniszczają wszelką roślinność.

Dnia 20. czerwca. Przed kilku dniami przybył Considerant z żoną, matką żony i z panią Cantagrel, w towarzystwie dwóch ex-członków izby prawodawczéj francuzkiéj, którzy za drugiego cesarstwa byli na wygnaniu, i kilku redaktorów rozmaitych dzienników paryzkich i brukselskich. Na szczęście w ostatnich piętnastu dniach stanęło cztery małych domków. W jednym więc umieścił się Considerant z familją, w drugim Cantagrel z żoną i małą dzieciną, dwa zaś inne zostały zajęte przez tak nazwany od nas sztab wodza naczelnego, czyli ex-deputowanych i ex-redaktorów dzienników.

Kolonja nasza od ich przyjazdu stała się przyjemniejszą. Ukształcenie tych co przybyli znośniejszemi czynić będzie trudy, niewygody i brak materjalny wielu rzeczy, do jakich mniéj więcéj każdy z nas był przyzwyczajony. Są to damy wyższego towarzystwa paryzkiego; to téż odkąd się między nami znajdują, czas daleko swobodniéj płynie.


XXV. PANI CONSIDERANT

⟨291⟩ Córka bogatego właściciela kuźnic w górach Jura, gdy wychodziła za mąż, dostała od ojca dwa miljony franków posagu. Jako żona wysoko cenionego w świecie uczonym ze swéj zdolności myśliciela, i z tak ogromnym majątkiem, miała wstęp do najpierwszych towarzystw paryzkich. Młoda, przystojna, bogata, wykształcona, używała w pełni tego co nazywają szczęściem na tym świecie, i zdawało się iż nic nie jest w stanie zakłócić tak swobodnego życia; ale los wyrwał ją z tego dotąd niczém niezachmurzonego raju, pogrążając w zupełnie odmienną sferę, bo w pustynie, gdzie codziennie musiała staczać walkę z żywiołami dzikiej natury. Mąż jéj, jako reprezentant narodu francuzkiego, zaprotestował energicznie wraz z Ledru-Rollin, Ludwikiem Blanc, Wiktorem Hugo i wielu innymi przeciwko krzywoprzysięstwu i zdradzie prezydenta Rzeczypospolitéj Francuzkiéj, Ludwika Napoleona, później cesarza Napoleona III, i musiał na wygnaniu przepędzać cały czas egzystencyi drugiego cesarstwa. W tym perjodzie wyjechał do Ameryki, i żona jego postanowiła dzielić losy przeciwne tego, którego nosiła nazwisko. Opowiadała ona iż:

„W długiéj podróży przez Ocean była kilka razy świadkiem jak w piękne dnie zachodzące słońce, którego jaskrawe światło raziło oczy stojących na pokładzie okrętu, zaczynało się zanurzać ⟨292⟩ w fałach morskich, odbijając złociste promienie na rozpiętych żaglach, a przy nieustanném kołysaniu statku zdawało się jakby ten jaśniejący okręg zmieniał co chwilę swój poziom. Tymczasem większe i mniejsze maszty, grube sznury, cienkie liny i inne przyrządy znajdujące się na powierzchni okrętu przybierały zwolna kolor blado różowy. Kilka chmurek błąkało się bez ładu na wschodzie, zakrywając niekiedy wznoszący się powoli księżyc w pełni, całe zaś niebieskie sklepienie było przezroczyste i pogodne. W téj chwili liczna załoga okrętu, zgromadzona na pokładzie, zdjąwszy grubo plecione i dziechciem obsmarowane kapelusze, przyklękła w pokorze i zanuciła pieśń do Matki Najświętszéj, Patronki Marynarzy. Rozrzewniająca ta modlitwa, wzniesiona do nieba przez żeglarzy korzących się przed wielką i niezrozumianą nieskończonością gdy zanosili prośby do Świętéj patronki wszystkich nieszczęśliwych, napełniają jakiémś niewypowiedzianém uwielbieniem dla ludzi którzy, nie znając gnuśnych zbytków bogacza, walczą nieustannie na śmierć lub życie z olbrzymią naturą.”

Zawstydziła się — mówiła daléj pani Considerant — sama siebie, iż dotychczas marnowała swe chwile na gawędkach w buduarze, których przedmiotem najczęściéj były bale u ambasadora chińskiego lub innych wielkich dygnitarzy, a na nich najwięcéj ją obchodziło: jakiéj długości był ogon sukni hrabiny T., lub co za cena mogła być koronek u peleryny ubierającéj ministrową P., albo téż jakiéj wartości był dyadem zdobiący głowę żony bankiera R. Teraz prawie z radością wyrzekła się tych błachych a dawnych zatrudnień i była gotową na mniéj przyjemne, lecz więcéj do godności ⟨293⟩ człowieka zastosowane życie, to jest uszlachetnione pracą.

Gdy przybyła do Houston, odpocząwszy w ogrodzie na rzecz kolonii tam kupionym, chociaż mogłaby w jakiéj takiéj karjolce zaprzężonéj czterema mułami przelecić pustynie w kilku dniach przy możliwych wygodach, nie chciała jednak tego uczynić, i idąc przy wozach zaprzężonych wołami skazała się dobrowolnie na wszystkie niewygody i nieprzyjemności przywiązane do podobnéj podróży; mniemała bowiem iż ona, przyzwyczajona dotąd do najwykwintniejszych wygód, a teraz znosząc z odwagą przeciwności jakie napotka, zachęci swym przykładem do wytrwałości wszystkich tych co na przyszłość odbywać będą w podobny sposób tę drogę.

Przez cały czas pochodu w pustyniach, na każdém koczowisku czyli noclegu gotowano wieczerzę; pani Considerant była najpilniejszą kucharką i sama delikatnemi rączkami przystawiała kociołki do założonego w blizkości obozu ogniska, mięszała w nich, smakowała i rozdawała towarzyszom na miseczkach ugotowaną potrawę.

Za przybyciem do kolonii, gdzie wkrótce miało przybyć kilkanaście, później zaś więcéj żon rzemieślników z Francyi, Belgii i Szwajcaryi, zamierzała pracować równo z niemi, znajdując chlubę — jak się wyrażała — że może być użyteczną społeczeństwu, nie prowadząc więcéj gnuśnego życia w salonach dywanami wysłanych, jak to czyniła w Paryżu.

Nie daleko zabudowań mieszkalnych kolonii Réunion znajdował się niewielki lasek, zarosły cedrami, których zielone gałęzie dziwnie przyjemny ⟨294⟩ kontrast sprawiały z żółkłą naokoło od słońca naturą. Miejsce to pani Considerant zamieniła na rodzaj salonu, i tu przyjmowała wszystkich kolonistów co chcieli, po trudzących pracach dziennych, rozerwać się zajmującemi rozmowami.

W salonie cedrowym posadzka była wysłaną naturalnym kobiercem zielonym, bo trawą zasłoniętą od skwaru słonecznego rozłożystemi a obfitemi w szerokie liście gałęziami drzew i odświeżaną niekiedy dobroczynną rosą; — za sufit służyło czyste i zawsze pogodne sklepienie niebieskie; lampę zastępywał księżyc lub miljony jaskrawych gwiazd które jasno przyświecały. W miejsce dźwięku fortepianu odzywało się przyjemne szczebiotanie i śpiewy harmonijne mnóstwa ptasząt które obrały sobie tam siedzibę, a zamiast kanapy, foteli i krzeseł były pozawieszane między drzewami hamaki, czyli siatki z grubego szpagatu, na jakich huśtając się zwolna można było być zabezpieczonym od nieprzyjemnych odwiedzin wężów, w niezliczonéj ilości pełzających w tamtych krajach.

Po godzinie dziewiątéj wieczorem zbierało się wprawdzie nieliczne ale doborowe towarzystwo kolonii Réunion w tym improwizowanym salonie. Odpoczynek pięciogodzinny w środku dnia był prawie dostatecznym, i pozwalał rozkoszować się cudownie pięknemi nocami pod niebem texańskiém, w towarzystwie światłém i przyjemném. Często téż do późnéj godziny, bo do pierwszéj lub drugiéj po północy, toczyły się w salonie lasku cedrowego nadzwyczaj zajmujące, niekiedy nawet wysoko uczone rozmowy, najczęściéj zaś lekkie i dowcipne gawędki.


XXVI. DALSZY CIĄG WYJĄTKÓW Z DZIENNICZKA PISANEGO W RÉUNION

Dnia 10. lipca. Za pięć lub sześć dni Savardan i nowi osadnicy przybędą do kolonii, bo z Korsykany już dali znać o sobie. Gdyby wiara dopięcia zamierzonego celu mogła nas ciągle ożywiać, wszystko byłoby dobrze... Niestety! im więcéj rozpoznajemy ten kraj, jego klimat, brak komunikacyi, tém bardziéj tracimy nadzieję. Zdaje się iż mądrzy ludzie, kiedy popełnią jaki błąd, to ten jest w stosunku ich mądrości, czyli daleko większy jak ludzi pospolitych. Considerant nie rozważył, wybierając to miejsce na założenie przyszłych kolonii rolniczych, wszystkich przeciwności i przeszkód jakie się tu napotyka na każdym kroku, a które, pomimo wytrwałości i najszczerszéj chęci przełamania ich, mogą się stać nieprzezwyciężonemi. Bodajby te wszystkie przewidywania były nieprawdziwe!... Szkodaby rozstawać się z pięknemi marzeniami jakiemi przez długi czas poiliśmy się... i uchodzić za utopistów; a przecież North America Phalanx i kilka innych podobnych stowarzyszeń egzystujących w Stanach Północnych nie jest utopją. Od kilkunastu już lat istnieją oparte na stowarzyszeniu; używają największéj swobody o jakiéj człowiek może tylko zamarzyć, i dobrobytu połączonego z komfortem. A zatém podobne zasady mogą być wprowadzone w praktykę i przybliżyć ludzi jak najwięcéj do szczęścia, tak mało ⟨296⟩ przez kogo używanego w teraźniejszém społeczeństwie... Gdyby nie zabójczy klimat, brak komunikacyi która nie pozwala mieć nadziei przez długi jeszcze bardzo czas zamiany produktów naszych z produktami innych części świata, nieodzownych do codziennego życia, możebyśmy przy wytrwałości doszli do zamierzonego celu... Nie trzeba jednak rozpaczać, może pójdzie lepiéj jak dotąd wszyscy przewidują.

Od kilku dni przybyło mi nowe zatrudnienie. Są to Francuzi w liczbie dziesięciu, świeżo przybyli do Dallas, którzy będąc emigrantami politycznymi zostawali dotychczas w Stanach Północnych, a teraz chcą tu założyć kolonję na kształt Ikarii Cabet'a \*). Żaden z nich nie mówi po angielsku, i co gorsza, fundusze jakie posiadali wyczerpane zostały przez drogę która trwała kilka miesięcy; dwa warunki bez jakich w Europie i w Ameryce obejść się niepodobna. Są to prawnicy, ex-notaryusze, pisarze sądów pokoju i trybunałów francuzkich, a zatém niezdatni do ciężkiéj pracy kolonizacyjnéj w Ameryce.

Za mojém pośrednictwem pan Gold, kupiec u którego kolonja nasza dużo pieniędzy zostawia, wynajął im dom z dużym ogrodem. Sprzedając miastu i naszéj kolonii jarzyny w nim uprawiane, myślą — nim coś innego będą mogli przedsięwziąść — zarobić sobie na jakie takie utrzymanie. Uprosiłem również kupca z Dallas aby dawał im na kredyt mąkę, słoninę, cukier, kawę, herbatę. Miło mi jest choć w części odpłacić się, pomagając im w czemkolwiek, za gościnność i uprzejmość jakie odebrałem od ich rodaków gdym kilkanaście lat temu przybył do Francyi; lecz ubolewam nad ich losem: nie są oni przyzwyczajeni do ciężkiéj pracy rolniczéj, szczególniéj pod gorącém słońcem texańskiém. Długo strasznéj nędzy użyją nim dojdą do czegoś, a tymczasem słabość pochodząca z trudów, niedostatku i klimatu może ich jednego po drugim do grobu prowadzić.

\*) Cabet, prokurator przy sądzie appelacyjnym w Dijon (Burgundyi), napisał dzieło pod tytułem „Icarie”, w którém wystawił kolonję pracującą i żyjącą wspólnie na zasadach komunistów. Wskutek tego dzieła utworzyła się w Stanach Zjednoczonych kolonja pod nazwiskiem „Ikaria”, złożona z samych Francuzów przybyłych z Europy, którzy osiedlili się w Stanie Jowa.

Przed dwoma dniami, będąc w Dallas, wstąpiłem na sądy przysięgłych odbywające się co kwartał w każdym powiecie pod prezydencyą Scheriffa. Podczas gdy prezydujący badał obwinionych, lub kiedy prokurator ich oskarżał, adwokaci bronili, sędziowie przysięgli i liczni słuchacze mieli dosyć grube kijki w lewych rękach, a w prawych nożyki któremi je strugali, tak że w sali ogromna massa wiórów się znajdowała. Zdziwiony tą oryginalnością mieszkańców z okolicy Dallas, po powrocie do kolonii opowiedziałem to na zebraniu codziennie się zgromadzającém w salonie cedrowym. Pastor Allen, który przejeżdżał przez Austin, stolicę stanu Texas, i kilka dni tam przepędził zanim do nas przybył, zauważył podobny zwyczaj u deputowanych gdy ci zgromadzają się na sesyę prawodawczą. Dziwne to zatrudnienie tak jest upowszechnioném, że woźny codziennie przygotowywa dużą ilość kijków i podaje je każdemu wchodzą⟨298⟩cemu na sesyę. Po skończoném posiedzeniu stróże nie mało mają roboty z wymiataniem wiorów nastruganych przez prawodawców Texas. Widać że to im pomaga do wotowania poważnych praw któremi się rządzą, a sędziom w Dallas i innych powiatów do wydawania nieomylnych wyroków. Dobrze nasze przysłowie powiada: „Co kraj to obyczaj”.

Dnia 20. lipca. Przed trzema dniami przybył nareszcie oczekiwany doktor Savardan z siedmdziesięciu pięciu ludźmi, między którymi znaczna liczba kobiet, żon kolonistów, lecz pod nieszczęsną snać gwiazdą, bo niezgoda z ich [?] przybyciem pojawiła się. W podróży morskiéj już żony towarzyszące mężom zaczęły z sobą niesnaski, co było powodem częstych kłótni ich małżonków. W Nowym Orleanie przyłączył się do kompanii prowadzonéj przez Savardan'a krawiec nazwiskiem Maget, który już z Ikarii (kolonii komunistów w Stanie Jowa) odszedł, nie mogąc się zgodzić ze swoimi towarzyszami. Jest to widać człowiek niespokojnego umysłu, bo zacząwszy już od Houston, w czasie podróży przez lasy i pustynie, utworzył sobie partję krytykującą wszystkie czyny dowódzcy kolumny i tych co go otaczali; a że zniechęcenie jeszcze na morzu opanowało wiele osób, łatwo było zasiewać niezgodę na tak przygotowanym gruncie. Przez całą zatém drogę — tę samą którą my odbyliśmy trzy miesiące temu w spokojności i ładzie, niezachmurzoną żadną kłótnią — towarzysze Savardan'a swarzyli się między sobą i nienawiść jednych przeciwko drugim wzrastała codziennie.

⟨299⟩ Dla położenia końca temu nieładowi Savardan widział się zmuszonym oddalić pana Maget, oświadczając mu ażeby sobie powędrował tam zkąd przyszedł. Z trudnością jednak zostało to wykonaném, bo silna się okazała opozycya ze strony partyzantów krawca; ale na koniec większość dała przewagę chwilowo prawéj władzy, i burzyciel spokojności musiał się oddalić. Rozjuszony, przyleciał kilku dniami wprzódy do naszéj kolonii, gdzie chwała Bogu jeszcze ani cień niezgody lub niechęci nie postał, i oskarżył o nadużycie władzy doktora Savardan, równie jak ex-podprefekta z Avranches \*) Bussy i ex-porucznika z Algieru Vezian, którzy go słusznie gromili za kłótnie i niesforności. Considerant i rada kolonii oświadczyli panu Maget iż nie mogą słuchać skarg na człowieka w którym komitet paryzki i brukselski położył zaufanie, powierzając mu opiekę i niejako dowództwo nad siedmdziesięciu pięciu kolonistami; a z drugiéj strony, znając osobiście Savardan'a, Bussy i Veziana, nie mogą wierzyć zarzutom przeciw nim uczynionym. Proszono zatém pana krawca aby zaczekał na przybycie kolumny, tymczasowo zaś poradzono mu aby sobie obrał mieszkanie w Dallas, albowiem po objaśnieniu dopiero téj całéj sprawy będzie on mógł być przyjętym jako towarzysz i wspólnik kolonii.

\*) Miasto we Francyi liczące 20 tysięcy mieszkańców, położone nad brzegami morza w Bretanii; jest ono podprefekturą okręgu (arrondissement) tego nazwiska.

⟨300⟩ Po przybyciu Savardan'a poproszono pana Maget aby się stawił dla powtórzenia w oczy swych zarzutów, lecz ten nie uznał stosowném tłómaczyć się więcéj, i został w miasteczku gdzie nająwszy niewielką budkę założył warsztat krawiecki; lecz cała ta sprawa nie podobała się stronnikom oskarżyciela i rozmaite szemrania słyszeć się dały. Jeżeli do wszystkich innych niepomyślnych już okoliczności dołączy się niezgoda, smutna!... nader smutna będzie przyszłość naszéj kolonii.

Bussy, były podprefekt, Vezian, były officer francuzki, i kilkunastu innych przybyłych z Savardan'em są bardzo światli i rozsądni ludzie; między rolnikami i rzemieślnikami jest także dużo porządnych i pracowitych. Ale na nieszczęście kilku tylko niespokojnych umysłów potrzeba aby zakłócić porządek tak wszędzie potrzebny, szczególniéj zaś nieodzowny w początkach każdego przedsięwzięcia... Niestety! są między nami teraz i tacy.

Dnia 15 sierpnia. Od dwudziestu pięciu dni jak nie brałem do ręki mego dzienniczka, dużo smutnych bardzo wypadków zaszło w kolonii... Vezian (ex-porucznik), młody człowiek 25 lat tylko mający, zachorował i umarł. Ruppert, Szwajcar z urodzenia lecz długi czas zamieszkały w Paryżu gdzie był redaktorem jednego z dzienników francuzkich, po kilkudniowéj słabości zmarł także; a kilkunastu leży chorych, z których połowa bez nadziei. Z pierwszych kolonistów, których Cousin i ja przyprowadziliśmy na miejsce, wszyscy są jeszcze w dobrém zdrowiu — prawda że w daleko lepszych warunkach podróż ich się odbywała. I tak: w zimie wyjechali z Europy i przybyli na końcu lutego ⟨301⟩ do Ameryki. W miesiącach marcu i kwietniu, w jakich gorąco jeszcze nie dokuczało bardzo, przebyliśmy golf meksykański równie jak lasy i puszcze texańskie, gdzie świeżą i czystą najczęściéj wodą można było zaspakajać pragnienie; a przybywszy na miejsce wszyscy odpoczęli dobrze przez kilka dni. Podróż cała odbyła się w zgodzie, w dobrém usposobieniu i z nadzieją która przekrzepia siły.

Na domiar nieszczęścia zabrakło wody w źródle blizkiém kolonii, trzeba ją sprowadzać z daleka, a przywieziona ztamtąd jest już tak ciepła jakby była gotowaną. Chorzy mający gorączkę nie chcą jéj pić i narzekają. Wszystko to przepowiada niepomyślną przyszłość. Prawda że początki są wszędzie trudne, lecz tutaj zanadto nieszczęśliwych okoliczności razem się sprzysięgło: klimat, choroby, niezgoda, a niedługo i niedostatek da nam się we znaki. Pan Gold, kupiec z Dallas, zapowiada bowiem iż w krótkim bardzo czasie zabraknie mu soli i cukru, i że nie ma nadziei dostać prędko tych niezbędnych artykułów. Wielka susza od dawna panująca przeszkadza wozom które mu dowożą towary przychodzić, bo woły z przyczyny braku wody na stepach nie mogą téj podróży odbywać. Był on zaopatrzony w dostateczną ilość towarów na wszelki przypadek, lecz tylko dla mieszkańców miasta i okolic, ale nie spodziewał się tak znacznéj liczby kolonistów francuzkich. Już od innych kupców z Dallas i Korsykany zakupił znaczną ilość niektórych towarów jakich mu brakowało, aby mógł zawsze dostarczać naszéj kolonii tego co zażądamy; lecz i u innych wkrótce zabraknie, a niedostatek da nam się uczuć... Jak to zniechęceni przyjmą?

⟨302⟩ Dnia 1. września. Przez ostatnie dni piętnaście umarło znowu sześciu, i wielu leży w szpitalu. Doktorzy amerykańscy przyjechali z miasta wyegzaminować słabość, bojąc się czyśmy jakiéj epidemii do kraju nie przynieśli. Powiedzieli oni naszym europejskim doktorom iż w tym klimacie potrzeba gwałtowniejszemi sposobami leczyć jak na północy i wschodzie, i że dotychczas za łagodnych używano lekarstw i dla tego tak dużo kolonistów umarło. Krawiec Maget podburza naszych kolonistów przeciwko doktorowi Savardan, utrzymując że on jest tych nieszczęść przyczyną, źle lecząc — co rozszerza zniechęcenie i sieje niezgodę.

Moi protegowani Francuzi w Dallas także mają dwóch mocno słabych u siebie. Jednego z nich wół niedobity rogami podrzucił; drugi zaś ma mocną zimnicę. Co mogę to czynię aby im ulżyć ciężkiego losu, lecz pomimo tego wielką nędzę cierpią ci którzy w swoim kraju do porządnego i swobodnego życia byli przyzwyczajeni. U nas także niedostatek się zaczyna i zapowiedziany brak soli i cukru już ma miejsce; od dwóch dni potrawy jemy bez soli, a kawę i herbatę bez cukru pijemy, a to tak potrwa może dwa i trzy miesiące, bo woły z wozami które te wiktuały przywożą nie puszczą się w drogę z Houston aż przy końcu października, i zanim tu nadejdą będzie już około początku grudnia. Chyba że Szwajcar Birqui, mający w końcu przyszłego miesiąca przyprowadzić trzydziestu pięciu swych rodaków do kolonii, przywiezie z sobą te niezbędne rzeczy. Wylądował on już w Houston i zajmuje tymczasowo domek z ogrodem jakiśmy z Cousin tam kupili, dla zasadzenia przywiezionych z Europy flan⟨303⟩ców drzew, a które doskonale się przyjęły, i zkąd mamy je w zimie tutaj sprowadzić. Ale co mówić o zimie? wielu może jeszcze przeniesie się na tamten świat, a z pozostałych czy dotrzymają placu? Niechętni i trwożliwi piszą do Francyi dużo prawdziwych, ale więcéj jeszcze fałszywych rzeczy. Komitetu w Paryżu i Brukselli zapytują się co to wszystko znaczy? Niespokojni są o to co tu się dzieje. Tymczasem ci co odbierają tam listy, dodając jeszcze pewnie nieprzychylne zdania do fałszów jakie ztąd są donoszone, odmawiają nie jedną familję która się wybierała kiedyś tu przybyć i powiększyć liczbę pracujących wspólników. Wprawdzie w téj porze roku nie bardzo bezpiecznie tu przyjeżdżać, ale to wszystko może minie i kiedyś będzie lepiéj... czekajmy!

Dnia 1 października. Liczba umierających zmniejszyła się, bo przez cały miesiąc upłyniony dwóch tylko kolonistów rozstało się z tym światem, co uważać potrzeba za niewiele w porównaniu miesiąca sierpnia, w którym na 130 osób składających kolonię ośmiu przeniosło się do wieczności. Widać że rada doktorów amerykańskich z Dallas, ażeby leczyć energiczniejszemi środkami, pomogła. Śmiertelność ta wiele narobiła złego, bo zastraszając zniechęciła znaczną część kolonistów. Kilku malkontentów z żonami opuściło kolonję i poszło do Dallas, gdzie kupiwszy domek na kredyt założyli w nim oberżę; wielu innych za nimi się wybiera.

Considerant miał zamiar dokupić w tym czasie kilkanaście sekcyi (każda sekcya po 600 akrów), aby zacząć na większą skalę zasiewać zboże przy końcu tego miesiąca, lecz z przyczyny niezliczonych ⟨304⟩ przeciwności i niezgody wstrzymał się, aby zobaczyć co z tego wszystkiego wyniknie?.. Zdaje się iż nasza teraźniejsza kolonja nie będzie mogła być prowadzoną na zasadach jakie były projektowane.

Naczelny redaktor wychodzącego w Paryżu pisma miesięcznego p. t. Revue d'architecture, pan Dailly [César Daly], człowiek wielkich zdolności a przytém duszą i ciałem sprzyjający idei Fourier'a i przyjaciel Considerant'a, który tu przybył aby kierować budowlami kolonii, wyjechał wczoraj do środkowéj Ameryki ku między-morzu Panama, zobaczyć czy tam nie wynajdzie miejscowości przychylniejszéj pod względem klimatu i stałéj komunikacyi wodnéj. Kilku znaczniejszych akcyonarjuszów zapowiedziało swój przyjazd z Europy w celu odebrania w ziemi, inwentarzu, uprzężach i budynkach kapitałów wydanych na zakupienie akcyi, jak to było w ustawach zastrzeżoném. Zapewne wszystkie nasze starania, zabiegi i trudy na nic się nie zdadzą, i kolonja rozproszoną zostanie.

W miesiącu wrześniu zbieraliśmy winogrona dzikie, obficie rosnące w tutejszych lasach. Bussy zrobił z nich beczkę wina kwaśnego i gorzkiego wprawdzie, ale nie mając innego i te nam dosyć smakowało, szczególnie po potrawach bez soli które już od przeszło miesiąca spożywamy.

Kompanja dziesięciu Francuzów w Dallas kupiła na wypłatę kolonijkę po za miastem, lecz ciężko i tam im będzie, bo są bez żadnych funduszów; a chociaż ziemia jest bardzo tanią, nie można „z piasku bicza ukręcić”; codziennie nowe potrzeby się okazują, a długi czas musi upłynąć zanim plon ze swéj pracy będą mogli zebrać, tymczasowo zaś trzeba żyć.

⟨305⟩ Dnia 1 listopada. Pan Leguay, znaczny akcyonarjusz z Belgii, przybył do naszéj kolonii i zażądał zwrócenia mu w naturze, to jest w ziemi, wołach, koniach i t. d., 10.000 franków za jakie wziął akcyi gdy się kompanja kolonizacyjna zakładała w Brukselli; zakupił przytém kilka sekcyi gruntu i namówił Belgijczyków z naszéj kolonii aby poszli do niego pracować, nie jako wspólnicy lecz jako robotnicy. Szwajcarowie prowadzeni przez Birqui przybyli przed kilku dniami, a widząc powszechne rozstrojenie, po jednemu wynajdują sobie kolonje i wkrótce wszyscy się rozproszą. Bussy chce jechać do Nowego Orleanu, gdzie ma brata, i namawia mnie abyśmy razem w drogę się puścili. Cantagrel zamyśla wrócić do Belgii. Considerant, w jednéj ze swych wycieczek do Austin stolicy stanu Texas, nabył bardzo tanio, bo po 25 centów akr, w południowych częściach stanu kilka tysięcy akrów, i nieustraszony klimatem więcéj jeszcze gorącym i sąsiedztwem dzikich Indyan zamierza się tam udać z rozbitkami naszéj kolonii. Największa rzeka w Texas (i ta nigdy nie wysycha) przechodzi w pośrodku nabytego gruntu; spodziewa się więc uniknąć tych wszystkich przeciwności i niedogodności jakie tutaj powstały z przyczyny braku komunikacyi z resztą świata. W miejscu zostanie Cousin, dla oddania akcyonarjuszom ziemi, inwentarza i budynków. Pomimo bowiem najnieprzyjaźniejszych okoliczności w jakich początek naszéj kolonii się rozwijał, znaczna część gruntu jest ogrodzoną, oczyszczoną z trawy, uprawioną i zasianą, a przy wystawionych budynkach i innych ulepszeniach nabrała dosyć dużéj wartości, tak że z wielką korzyścią można będzie ją odprze⟨306⟩dać w téj części Texas która jest dosyć zaludnioną. Każdy więc z akcyonarjuszów odbierze bez straty tyle ile wydał na akcye. Ci zaś z przybyłych robotników którzy pilnie pracowali przez te sześć miesięcy, zostali sowicie wynagrodzeni.

Europejczycy, a szczególniéj Francuzi, nie są jeszcze dojrzali aby używać dobrodziejstw wypływających ze stowarzyszenia, nadewszystko jeżeli kobiety bez pewnego wychowania się w to wmięszają. Niezawodną jest prawie rzeczą że Amerykanie, przy wszystkich nieprzychylnych okolicznościach, byliby przetrwali biédę i w końcu doszli do pożądanych rezultatów; bo na wytrwałość i dojrzałość narodu niezmiernie wpływa wykształcenie kobiet, a te, jak wiadomo, są w ogóle więcéj ukształcone w Ameryce aniżeli kobiety europejskie niższych warstw społeczeństwa.

Dnia 15 listopada. Przez upłynione piętnaście dni ostatnich Bussy i ja wyszukiwaliśmy starannie okazyi wyjechania. Zdarzali się nam wprawdzie wagonjery jadący z próżnemi wozami po towary do Houston, ale nie mogliśmy powtórnie odważyć się na tę nużącą podróż. Kupiec Gold namawiał nas abyśmy kupili od niego karjolkę i parę koni, mówiąc iż z korzyścią odprzedamy to wszystko w Houston... lecz mieć staranie przez drogę o koniach, strzedz się aby błądzący Indyanie nam ich nie ukradli, zaprzęgać, wyprzęgać i t. d. — wszystko to zdawało się nam za bardzo trudzącém. Z drugiéj strony, opuszczając na zawsze Texas, chcieliśmy zwiedzić jeszcze trochę tego mało znanego kraju; a że dowiedzieliśmy się z dzienników iż w dystrykcie St. Antonio, położoném w zachodnio-południowéj części Texas, [...]

[Zdanie urywa się; ciąg dalszy podróży opisany jest w rozdziale XXVII („Wybory w Ameryce”), poza zakresem niniejszego wyboru.]